Żyjesz sobie jak każda normalna nastolatka... a co jeśli twoi rodzice ukrywają przed tobą mroczny sekret ? Co jeśli na tym świecie jest jeszcze ktoś, kto ma część twoich genów ? Może kiedyś będziesz musiała spojrzeć tej osobie prosto w oczy..." Więzy Krwi to kilku rozdziałowy scenariusz o zwykłej dziewczynie i jej nowo poznanym bracie. Ma spędzić z nim całe trzy miesiące w zupełnie obcym dla niej kraju. Jak to wytrzyma ? Śledźcie bloga i czekajcie na ciąg dalszy ! ~Yuji
-No zaraz mnie szlag trafi !- jak zwykle nie mogłam znaleźć
mojej ulubionej bluzki. Bez chwili namysłu sięgnęłam po telefon i wybrałam
numer babci. To na pewno ona mi ją gdzieś schowała kiedy prasowała. Zawsze
myliła moje ciuchy z ciuchami mojej mamy. Serio zaczynało to już być strasznie
upierdliwe. Tym razem przegięła… schowała różową bluzkę do szuflady mojego
brata. Wrzuciłam ostatnie najważniejsze dla mnie rzeczy do walizki i z niemałym
wysiłkiem zamknęłam ją. Stoczyłam się razem z nią po schodach i ostatni raz
pożegnałam się z rodzicami. Tak naprawdę o niczym innym nie myślałam tylko o
tym jak bardzo ich nienawidzę. To wszystko ich wina. Jak mogli ukrywać przede
mną przez osiemnaście lat, że mam starszego brata ?! Jako idealny moment do
poinformowania mnie o tym wybrali sobie dzień moich urodzin… Co oni myśleli ?
Że jak bocian przyniesie mi trzydziestoletniego brata jako prezent to będę
skakała z radości? Do tego brata Koreańczyka? Tata nigdy mi nie mówił, że
kiedykolwiek był w Azji a co dopiero o spotykaniu się z Koreanką. Przez jego
decyzję z przed trzydziestu lat teraz muszę opuścić mój kraj i lecieć na
zupełnie inny kontynent, żeby spotkać kogoś kto ma geny mojego ojca. Nawet nie wiedziałam jak wygląda. Tak
naprawdę to znałam tylko jego imię … Kim
Hee-Chul. Co to za porąbane imię ? Tak jakby nie mógł się nazywać Franek. Po odprawie paszportowej bez zbędnego łażenia
po sklepach na lotnisku udałam się do samolotu. Spojrzałam na bilet… miejsce
A18… świetnie przynajmniej będę miała ładne widoki z okna. Wrzuciłam bagaż
podręczny dość brutalnie do przeznaczonej na to półki i wkurzona rzuciłam się
na swoje miejsce.
- Ciężki dzień co ? – usłyszałam za sobą czyjś głos. Odwróciłam się i spojrzałam wrogim spojrzeniem na mężczyznę rodem z McDonalda.
-Mhmm – rzuciłam i odwróciłam się z powrotem.
-Kiedyś będzie lepszy- super, trafił mi się towarzysz podróży- filozof. Na szczęście stewardessa przerwała jego jakże imponującą wypowiedź i zaczęła instruować nas co robić na wypadek gdyby samolot nagle zaczął spadać. W tym momencie przysięgłam sobie, że jeśli zdarzy się taki cud, nie będę się ratować. Po piętnastu minutach wystartowaliśmy. Pomimo, że udawałam, że śpię mój sąsiad cały czas nawijał… Pod koniec podróży znałam na pamięć jego drzewo genealogiczne i historię choroby ciotki Kundzi ‘jak zwykł ją nazywać wujek Marian’. Gdy tylko wylądowaliśmy poczułam takie mdłości, że nie obyło się bez wizyty w kibelku. Zmasakrowana opuściłam łazienkę i ruszyłam w stronę wyjścia. Zgodnie z tym co powiedział rozdawca chromosomów mój bracholek miał czekać przed wejściem. Nie wyjaśnił mi dlaczego nie mógł mnie odebrać prosto z samolotu. Wyszłam przez główne drzwi i stanęłam obok nich… Dookoła mnie było pełno ludzi do tego wszyscy wyglądali tak samo. I jak ja mam w tym tłumie rozpoznać tego gościa ? Czekałam i czekałam. Po pół godziny usiadłam na walizce i zaczęłam liczyć włoski na rękach. Po 28910 zgubiłam rachubę i zaczęłam od początku. Minęło 1.5 h gdy zorientowałam się, że ktoś nade mną stoi. Podniosłam wzrok i spojrzałam na nieznajomego
-Dobrze się bawisz ? – rzucił po angielsku bez jakichkolwiek uczuć w głosie
-Zajebiście. Przerwałeś mi – odburknęłam jeszcze bardziej wkurzona.
-Świetnie, nie będę na ciebie czekać więc szanowna _______, jeśli nie chcesz spędzić tutaj następnych 24 h to rusz swoje szanowne cztery litery do samochodu- odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę ciemnobrązowego Volvo . Uroczy naprawdę prawie się popłakałam … Wstałam rzuciłam okiem na walizkę, która powiedzmy szczerze ważyła swoje i zaczęłam taszczyć ją za chłopakiem. Nawet nie raczył otworzyć bagażnika. Wrzuciłam ją do środka i zajęłam miejsce koło kierowcy. Zamykając drzwi przesadnie nimi trzasnęłam. Z wielką satysfakcją zauważyłam, że ze złości chłopak zazgrzytał zębami.
-Następne trzy miesiące będą rajem na ziemi – burknął pod nosem i ruszył z miejsca…
- Ciężki dzień co ? – usłyszałam za sobą czyjś głos. Odwróciłam się i spojrzałam wrogim spojrzeniem na mężczyznę rodem z McDonalda.
-Mhmm – rzuciłam i odwróciłam się z powrotem.
-Kiedyś będzie lepszy- super, trafił mi się towarzysz podróży- filozof. Na szczęście stewardessa przerwała jego jakże imponującą wypowiedź i zaczęła instruować nas co robić na wypadek gdyby samolot nagle zaczął spadać. W tym momencie przysięgłam sobie, że jeśli zdarzy się taki cud, nie będę się ratować. Po piętnastu minutach wystartowaliśmy. Pomimo, że udawałam, że śpię mój sąsiad cały czas nawijał… Pod koniec podróży znałam na pamięć jego drzewo genealogiczne i historię choroby ciotki Kundzi ‘jak zwykł ją nazywać wujek Marian’. Gdy tylko wylądowaliśmy poczułam takie mdłości, że nie obyło się bez wizyty w kibelku. Zmasakrowana opuściłam łazienkę i ruszyłam w stronę wyjścia. Zgodnie z tym co powiedział rozdawca chromosomów mój bracholek miał czekać przed wejściem. Nie wyjaśnił mi dlaczego nie mógł mnie odebrać prosto z samolotu. Wyszłam przez główne drzwi i stanęłam obok nich… Dookoła mnie było pełno ludzi do tego wszyscy wyglądali tak samo. I jak ja mam w tym tłumie rozpoznać tego gościa ? Czekałam i czekałam. Po pół godziny usiadłam na walizce i zaczęłam liczyć włoski na rękach. Po 28910 zgubiłam rachubę i zaczęłam od początku. Minęło 1.5 h gdy zorientowałam się, że ktoś nade mną stoi. Podniosłam wzrok i spojrzałam na nieznajomego
-Dobrze się bawisz ? – rzucił po angielsku bez jakichkolwiek uczuć w głosie
-Zajebiście. Przerwałeś mi – odburknęłam jeszcze bardziej wkurzona.
-Świetnie, nie będę na ciebie czekać więc szanowna _______, jeśli nie chcesz spędzić tutaj następnych 24 h to rusz swoje szanowne cztery litery do samochodu- odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę ciemnobrązowego Volvo . Uroczy naprawdę prawie się popłakałam … Wstałam rzuciłam okiem na walizkę, która powiedzmy szczerze ważyła swoje i zaczęłam taszczyć ją za chłopakiem. Nawet nie raczył otworzyć bagażnika. Wrzuciłam ją do środka i zajęłam miejsce koło kierowcy. Zamykając drzwi przesadnie nimi trzasnęłam. Z wielką satysfakcją zauważyłam, że ze złości chłopak zazgrzytał zębami.
-Następne trzy miesiące będą rajem na ziemi – burknął pod nosem i ruszył z miejsca…